Godzina 4:00 rano. Trzeba wstać i przygotować się do podróży. Odprawa naszego samolotu jest o godzinie 5:30, a wylot niedługo potem. Przydało by się zadzwonić do Jeremy'ego. Wybierałam numer nerwowo, niecierpliwie wyczekując jego głosu.
-Halo? - w tle było słychać jakiś hałas.
-Hej kotku, gotowy?
-Tak, właśnie do was jadę. Jestem w autobusie.
-Okej. Czekamy na Ciebie.
-Ok. Do zobaczenia.
Odłożyłam telefon na biurko, po czym zniosłam na dół moją wielką walizkę. Położyłam ją przed drzwiami. Jeszcze raz wróciłam do pokoju zobaczyć czy czegoś nie zapomniałam. Na szczęście nie.
-Chodź na dół! Jeremy juz przyjechał, a mama czeka w samochodzie- Zawołał mnie tata.
-Już! Właśnie idę! -odkrzyknęłam, schodząc na dół.
Poszłam z tatą do samochodu. Tam był już mój chłopak, który stał z rozłożonymi rękoma i czekał aż podejdę, by się przytulić. Tak też zrobiłam.
-Jeremy pomożesz mi z tym?- zapytał tata.
-Poczekaj, tylko spakujemy bagaże. -Jeremy uśmiechnął sie do mnie i skinął na samochód.
-Dobrze- odpowiedziałam.
Wsiadłam na tylne siedzenie i zapięłam pasy. Już po chwili byliśmy w drodze, ale na nasze nieszczęście były straszne korki. O mało co się nie spóźniliśmy. Popędziliśmy do samolotu. Nasz lot trwał całe 12 godzin. Wylądowaliśmy w Gdańsku, w Polsce. Musieliśmy jeszcze dojechać do naszego domku, kupionego specjalnie na tę okazję. Z powodu sześciogodzinnej różnicy czasu pomiędzy Koreą, a Polską, było nadal wcześnie. Od razu po przyjeździe i wejściu do domu, mama oznajmiła, że ja i Jeremy mamy wspólny pokój. Znalazłam nasz pokój, a Jeremy przyniósł do niego nasze bagaże. Kiedy już zostałam sama, włączyłam laptopa (wiem, pewnie pomyślicie, że jestem jakimś "no life"). Weszłam na Facebook'a w poszukiwaniu jakichś imprez, żeby spędzić te wakacje ciekawie. Okazało się, że następnego dnia ma odbyć się dyskoteka o miłej nazwie Soul of Asia.
-To może być coś fajnego- pomyślałam.
No ale cóż, trzeba się najpierw rozpakować i tak dalej. I oczywiście zapomniałam o tym, że dzisiaj obiad robię ja, więc muszę iść do sklepu po składniki... Pewnie będą to ziemniaki i jakaś surówka, bo nie chce mi się robić niczego więcej, nie mam weny... Idę do sklepu (oczywiście polskiego, o czym zapomniałam). Szukałam czegoś przypominającego surówkę, ale znając moje szczęście niczego nie znalazłam... Podeszłam do pani stojącej przy regale z nabiałem i zapytałam się jej, gdzie mogę ją znaleźć, ale ona tylko wybałuszyła na moje słowa oczy i odeszła. Oczywiście zapomniałam, że jestem w Polsce. Odwróciłam się do półek i okazało się, że to czego szukam znajdowało się tuż za mną. Zabrałam to co miałam zabrać, zapłaciłam, wróciłam do domu i przygotowałam posiłek. Zjedliśmy obiad w dosyć gwarnej i milej atmosferze. Z tego co widziałam Jeremy spodobał się rodzicom. Cały obiad rozmawiali (nie mam pojęcia o czym) i się śmiali. Jeremy był rozpromieniony i widać było, ze ta rozmowa sprawia mu przyjemność. Na ten widok uśmiechałam się bezwiednie, zauważyłam to dopiero, gdy on odwzajemnił mój uśmiech. Po tym męczącym dniu nie chciałam jeść nawet kolacji, więc tuż po obiedzie położyłam sie na łóżku rozmyślając i leniuchując. A gdy nadszedł czas na sen, po prostu zasnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz